czwartek, 4 października 2012

Ulica św. Cyryla i Metodego

Mieszkam przy granicy dwóch miast, co na Śląsku nie jest niczym szczególnym. Tu miasta przenikają się nawzajem, wrastają w siebie, a przybysze z zewnątrz, podróżując po Śląsku, nie zawsze wiedzą, w którym mieście aktualnie wylądowali ;-)) 
Nieopodal mojego domu znajduje się bytomska dzielnica Łagiewniki (łagiewnik wytwarzał niegdyś łagwie - naczynia do przechowywania wody), a tam - ulica św. Cyryla i Metodego. 


 Na pierwszy rzut oka, nie ma tam niczego niezwykłego, ot, ulica, jakich tu wiele. 

Jednak ja bardzo lubię to miejsce, bo przypomina małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, przystają na krótkie pogawędki, pozdrawiają domowników. Lubię przyglądać się tym scenkom, bo w dzisiejszych czasach są prawdziwą rzadkością. Przy ulicy Cyryla i Metodego zebraliśmy z Mikołajem najwięcej kasztanów :-)  W niepozornym warzywniaku kupiliśmy swieze figi i żurawinę. Niespodzianki w postaci starych szyldów i średniowiecznego krzyza pokutnego dopełniły dzieła - bardzo lubimy tu przychodzić!



środa, 3 października 2012

vignette

Kiedyś robiłam sobie podśmiechujki ;-) z mojego "zaandroidowanego" męza, a dziś, no cóz, jak to w rodzinie...padła na mnie ta sama zaraza ;-)  Samsungowy tabletos jest moim odkryciem dziesięciolecia (tak, wiem, zawsze byłam do tyłu ;-)), a aplikacje do pstrykania zdjęć nieustannie bawią mnie i fascynują. To niesamowite, jak szybko mozna uchwycić chwilę, na dodatek od razu w nieco odrealnionej, bajkowej oprawie i podzielić się nią z innymi, bez kabelków i tracenia cennego czasu. Nie potrzeba dobrego światła, ani statywu. Pstryk! i juz. Luuuubię to! :-))))) Codzienność złapana za zawsze, ta chwila juz się nie powtórzy :-)  Biegam po domu jak szalona, uwieczniam wszystko ;-)))) Ale tylko po domu. Bo poza nim niepodzielnie rządzi Nikonek ;-))

 Ps. na wszelki wypadek napiszę tylko, ze niniejszy post NIE jest sponsorowany i nigdy tu takich postów nie znajdziecie :-)))






wtorek, 2 października 2012

Piwo (nie)raz! :-)))


Czasami mój tzw. zdrowy rozsądek (w skrócie zd ;-)) postanawia wybrać się na samotny spacer, a puste miejsce po nim natychmiast zajmują pomysły, projekty i myśli, noszące do tej pory etykietkę "eee tam, bez sensu" albo "zrobię to później" albo "nie mam teraz forsy" ;-) Tak było i w tym wypadku. Ledwo zd zniknął, w głowie pojawił się szatański podszepcik, ze może by tak wyczyścić marne oszczędności na boku (naprawdę marne, hehe ;))) i spełnić mężowskie marzenie o rozkręceniu domowego browaru, zwłaszcza, że akurat zbliżała się pewna Ważna Data i okazja była, jak znalazł :-)Jak pomyślałam, tak zrobiłam, szybko, szybko, żeby zdążyć przed powrotem zd ;-) Udało się! Paczka przyszła co prawda z lekkim poślizgiem, ale czego tam nie było! Wielkie gary, całe kilogramy jakiejś paszy, termometry, drożdże, różnego rodzaju mikstury... Piwowar in spe był zachwycony i natychmiast domówił wielki gar do wekowania słoików, twierdząc, że ten będzie idealny w etapach wymagających podgrzewania i gotowania. Na ogół używa się trzydziestolitrowych garnków emaliowanych, ale takiego ciężaru nasza płyta indukcyjna mogłaby nie unieść, podobnie jak nasz budżet, bo okazuje się, że takie gary są bardzo drogie. Na szczęście garnek do wekowania sprawdził się bardzo dobrze, choć nie obyło się bez przygód. Otóż posiada on pewne zabezpieczenie, które nie pozwala na zagotowanie zawartości. To zabezpieczenie mozna łatwo usunąć, ale kiedy gar jest pusty, a nie wypełniony po brzegi lepką cieczą :-)) Tak zaczęło się przelewanie do mniejszych garnków, gotowanie partiami na indukcji, tu się wylewa, tam cieknie, achh, nie chcecie wiedzieć, jak wyglądała moja mikrokuchnia :-)) Po tej akcji wydawało nam się, ze nasza pierwsza warka będzie do niczego i z dużym niepokojem czekaliśmy na efekty. Na szczęście sprawdziło się chyba powiedzenie, ze najgorsze domowe piwo i tak jest lepsze od najlepszego kupnego ;-)))) Piwo było pyszne, a mój mąż został okrzyknięty (przez Specjalną Komisję Ekspertów ;-))  Rodzinnym Piwowarem :-)))




Etapów warzenia piwa jest kilka i w zalezności od rodzaju warki, róznią się one szczegółami. Część tych przygotowań mozna pominąć i skorzystać z wielu dostępnych brew-kitów czyli półproduktów, ale my postanowiliśmy zrobić wszystko sami, od początku do końca. W miarę naszych mozliwości, oczywiście, bo wiadomo, ze zboza i chmielu uprawiać nie będziemy (choć są i tacy! :-)). 
Pierwszym etapem jest zacieranie słodu. Główną rolę odgrywa tu temperatura, której co prawda musimy bardzo pilnować (na zdjęciu powyzej), ale nie jest to az tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Skrobia rozkłada się na cukry, a stąd prosta droga do alkoholu ;-)) W powietrzu zaczyna unosić się słodki zapach, przypominający nieco piekący się chleb. Nasz synek ząda wtedy buły, bo robi się głodny :-)))) Nie ma obaw, mieszkanie nie zamienia się w zakłady Polmosu ;-))) Aromaty są naprawdę fajne :-) Próba jodowa powie nam czy zacieranie skończyło się powodzeniem, czy musimy dalej działać:


Jeśli okaze się, ze zacier jest gotowy, mozemy przystąpić do filtracji. Krótko mówiąc, oddzielamy płyn (zwany od tej pory brzeczką) od plew czyli młóta. Młóto mozna jeszcze wykorzystać przy pieczeniu chleba, czego nawet próbowałam (dwukrotnie!), ale jak do tej pory, bez powodzenia ;-) Straszne gnioty mi wyłaziły! Pyszne, ale jednak gnioty ;-))) Jakby się przyłozyć, to mozna by takim  bochenkiem zrobić komuś kuku :D
 Wracając do piwa, gotową brzeczkę chmielimy, chłodzimy (wanna zajęta na pół dnia, mówię Wam ;-)), karmimy drozdzami i odstawiamy do fermentacji: najpierw burzliwej, a następnie, nieobowiązkowo, cichej. A potem juz tylko rozlewanie do butelek (tu dziękujemy za dostarczenie szkła krewnym i znajomym ;-)), kapslowanie i leżakowanie, które średnio trwa jakieś 3 tygodnie, choć są i takie gatunki piw, które wymagają jedynie tygodnia. Doświadczenie ;-) nam jednak podpowiada, ze im dłuzej, tym lepiej :-) 
Wbrew temu, co moze wynikać z tej plątaniny zdań, którą Wam powyzej wyłożyłam, warzenie piwa nie jest ani bardzo skomplikowane, ani trudne. Kazdy gatunek ma swoje wymagania, zawarte w szczegółowych instrukcjach, które poprowadzą Was krok po kroku przez piwne czary-mary ;-) Naczelny Piwowar twierdzi, ze po pierwszym warzeniu juz dobrze wiedział co z czym się je i kolejne warki nie stanowiły większego problemu. Rzeczywiście, kuchnia tez wyglądała jakby lepiej ;-))) 


Jesli macie ochotę na domowe piwo, koniecznie wyślijcie swój zd na spacer i działajcie :-) Czasami warto nawarzyc sobie piwa i później je wypić ;-)


hik! :DDD


środa, 5 września 2012

A takie tam... ;-)))

O, proszę bardzo, klik, klik!  Wyzwanie takie Megulencja mi postawiła, ze ho, ho! I przyjemność wielką sprawiła, zaliczając do dziesiątki ulubionych blogów :-)) Dziękuję! I postaram się ze wszystkich obowiązków wywiązać, poza jednym - nie podam ulubionych 10 blogów, bo jest ich znacznie więcej, a cała lista znajduje się na pasku :-))) Kto ma ochotę, niech czuje się wyróżniony! :-))) Meg, nie pogniewasz się, prawdaaaaa? :-)))




Nie bardzo tez wiem, co mogłabym o sobie napisać, a co byłoby interesujące dla moich miłych Gości, ale spróbujmy, hmmmm.... Siedem ma być? OK, no to lecimy!

1. Ślub brałam w miejscowości oddalonej o 350 km od mojego miasta, i tak się złozyło, ze nie mogłam wykonać próbnej fryzury; zawierzyłam więc słowom fryzjerki ("damy radę, będzie OK!") oraz osób, które ją polecały. No dobrze, jestem odwazna, w końcu to TYLKO włosy! Ahaaaa. TEGO DNIA, rano, stawiłam się  w salonie i poprosiłam o proste upięcie z prostych włosów. "Nie da się!" usłyszałam i poczułam lekki niepokój. "Trzeba zakręcić, bo inaczej nie będzie się trzymać!".  Nie dyskutowałam. Posłusznie dałam sobie nawinąć włosy na wałki i pełna najgorszych przeczuć oczekiwałam na finał. Niestety, intuicja mnie nie zawiodła. Mimo zapewnień pani, ze wie, co robi i będzie dobrze - nie było. Miałam najgorszą fryzurę świata, złozoną z miliona loczków, prostej grzywki i tony złotego brokatu. Łzy spływały mi po policzkach, a wściekła fryzjerka oznajmiła, ze nie ma czasu na kolejne próby. Po drodze do domu ryczałam jak bóbr (do tej pory nie umiem walczyć o swoje, choć jestem pilną uczennicą ;-)) i wyciągałam cholerne milion wsuwek z cholernego złotego kołtuna. Szlag! Najpiękniejszy dzień w życiu,  szlag, szlag, szlag! Szybko, łeb pod kran, uffff, spłukałam wszystko. Przyjaciółka i prostownica załatwiły resztę i uratowały pannę młodą  :-))))) Dziękuję, Aguś! :-)))

2. Uwielbiam chodzić do dentysty! Jak nie znoszę lekarzy i chadzam do nich w ostateczności  (czyt. słaniając się na nogach), tak swoją panią dentystkę kocham! Nikt niczego ode mnie nie chce, nie narzeka, nie ma skwaszonej miny, a moim jedynym obowiązkiem jest trzymanie otwartej gęby. Cudowny relaks! :-))))) Szkoda, ze taki drogi ;-)

3.  Mam duzą wadę wzroku oraz astygmatyzm i noszę soczewki, w których widzę... no, niezle widzę, ale nie idealnie ;-) Bez soczewek czy okularów widzę niewiele, czego nie mógł zrozumiec mój wuefista z liceum i notorycznie nakazywał mi grać bez okularów w siatkówkę, tudziez skakać przez kozła :-))) Spróbujcie trafić w piłkę albo odbić się do skoku, kiedy wszystko jest rozmazane. Do tej pory zdarza mi się nie trafić w drzwi, bo źle ocenilam odległość ;-))) Być moze równiez z tego powodu nie mam pamięci do twarzy i nigdy nie rozpoznaję sąsiadów ;-)

4. Nie mam prawa jazdy, co w zwiazku z punktem 3. jest przejawem mojej odpowiedzialności ;-)))) Jestem za to bardzo aktywnym pasazerem, znam wszystkie zasady ruchu drogowego i znaki drogowe :DDD

5. Do tej pory uwielbiam czytać ksiazki dla młodziezy, zwlaszcza te wydane w latach 60 i 70 :-)))

6. Kiedy byłam mała, znalazłam niebieski koralik. Kto czytał "Karolcię" ten wie, z czym się to wiązało! Niestety, koralik był uszkodzony (nie spelnial zyczeń), ale nie do końca: jakieś 30 lat pózniej spotkałam prawdziwą Filomenę i miałam (nie)przyjemność z nią pracować ;-))

7. IKEA nie jest moim ulubionym sklepem z wyposazeniem wnętrz :DDD  Najbardziej lubię Almi Decor, ale mnie na niego nie stać :DDD

No! Ufffffffffffffffffffff :-)))
Następne juz będzie piwo, obiecuję! ;-)) Brakuje mi jednego szczególnego zdjęcia ;-)))