Tak, jak wspomniałam juz w notce o Brynku, gdzieś pomiędzy samym pałacem a gospodarskimi zabudowaniami postanowiłam, ze będę miała zły humor ;-) Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Buuu, wszystko jest bez sensu, jaaaaa jestem bez sensu, taaaaka jesteeeem brzy-yyyy-yyydkaaaaa, coooo??? i głupiaaaaa? hyyyyy, jak to głuu-uuu-uuu-piaaaa? Jaaa chcę do doo-oo-ooo-muuuu!
No to pojechaliśmy. Tyle, ze trochę inną drogą niz zwykle. Łypałam przez szybę załzawionym okiem, az w końcu wyłypałam: Hę?! Częstochowa? ze jak?! Widocznie mój mąz doszedł do wniosku, ze jak mi Matka Boska Częstochowska nie pomoze (albo jemu, hehehe), to juz nic. Chociaz on twierdzi, ze to był zupełny przypadek, ze akurat tam dojechaliśmy. Taaa, jasne! A tu mi kaktus... Przez przypadek zamiast w Katowicach znaleźliśmy się na Jasnej Górze ;-)))
No cóz... Nie jesteśmy szczególnie religijni, ale widać mężowie miauczących zon bywają za to mocno zdesperowani ;-) W każdym razie - pomogło, tyle Wam powiem ;-))))
A Jasna Góra jest naprawdę pięknym i wyjątkowym miejscem i warto się tam wybrać, nawet bez intencji i w dobrym humorze ;-)


