Na ten weekend czekaliśmy wiele miesięcy. Nareszcie sami, tylko we dwoje, w górach, zwolnieni z posterunku na całe 2,5 dnia :-) Noclegi zarezerwowaliśmy na przełom marca i kwietnia i pozostało juz tylko wielkie odliczanie.
Oczywiście, docierały do nas tędy i owędy informacje prognostów o załamaniu pogody, ale kto by tam się przejmował ;-) Tu muszę wtrącić małą dygresję, ze rodzice P., a zwłaszcza jego tato, jeśli chodzi o podróże, wyznają twardą zasadę "postanowione - zrealizowane!", i ja tez zapadłam na tę chorobę ;-) Są plany na wyjazd - to jedziemy, i juz! Na ogół takie myślenie popłaca, tak jakby pogoda i wszelkie inne okoliczności chciały nam wynagrodzić podjęte ryzyko :-) Tak więc byliśmy dobrej myśli (nie doceniliśmy gór, ojjj, nie) i juz widzieliśmy się nad Morskim Okiem i w Dolinie Koscieliskiej, czuliśmy smak grzanego piwa i grillowanych oscypków, koniecznie z żurawiną, i tak dalej...
Nadejszła w końcu wiekopomna chwila.
Spakowani w jedną (!!!) niewielką walizkę, ruszyliśmy na wymarzony weekend, upojeni wolnością i perspektywą zobaczenia po długiej przerwie gór wyższych niz Beskidy ;-)
No cóz.
Stolica Tatr, zgodnie z prognozą, przywitała nas w bieli.
W sobotę gór nie było widać wcale.
W niedzielę tylko trochę.
Najwięcej - w poniedziałek, więc z tego dnia mamy trochę zdjęć ;-)
Nad Morskim Okiem było zagrozenie lawinowe.
W dolinkach - śniegu po kolana, a my bez odpowiednich butów, byliśmy w tym momencie bez szans.
Piwo grzane w wydaniu zakopiańskim okazało się być wrzącym piwem z dodatkiem soku pseudomalinowego. Li i jedynie.
Oscypki z grilla, wiecie, te-koniecznie-z-zurawiną, były bez zurawiny, bo zabrakło.
Tak więc na tydzień przed Wielkanocą, zasypani śniegiem, podśpiewując pod nosem kolędy (nie mogłam się powstrzymać!), biegaliśmy po sklepach w poszukiwaniu... odzieży kąpielowej. Postanowiliśmy bowiem rozpaczliwie (hehe) NIE PODDAWAĆ SIĘ I MIEĆ FAJNY WEEKEND i jedyne, co nam przyszło w tej sytuacji do głowy, to było zamoczenie tyłków w bukowiańskich basenach, co tez uczyniliśmy :-)))
Poniedziałek przywitał nas jako taką widocznością i pogodą. Niestety, był to tez dzień powrotu do domu. Jedną nogą wskoczyliśmy zatem na Gubałówkę, drugą - na Kasprowy, zeby chociaż się pogapić na góry. Oczywiście wszystko to za pomocą firmy PKL i nie pytajcie o ceny biletów, bo robię się agresywna ;-))))) Dla równowagi, prezent, który przywieźliśmy całej rodzinie, nie kosztował wiele, za to rozprzestrzeniał się bardzo skutecznie ;-) Doprawdy nie wiem, gdzie mogliśmy złapać tego wirusa! ;-)))
Kiedy juz odchorowaliśmy swoje, upiekliśmy sobie na pocieszenie szarlotkę tatrzańską z przepisu nieocenionej Dorotuś. I tu nie obyło się bez niespodzianek - zapomniałam dodać cukier :-))))))) Ale i tak była pyszna!






