piątek, 9 stycznia 2015

modowe słabości - mam i ja! ;-)

Pewnie gdybym była chuda jak przysłowiowa szczapa (mój niedościgniony ideał ;-)), uwielbiałabym zakupy ciuchowe. Wszystko leżałoby wprost cudownie, a przymierzalnie sklepowe przestałyby mi się kojarzyć z komnatami tortur (Boże, tak wyglądam od tyłu?? to nie ja! I czyja to fałda do cholery?? dieta, od jutra dieta!).
Tymczasem jest jak jest i figura ma (hehe), aczkolwiek dość proporcjonalna, nie jest pozbawiona mniejszych i większych zaokrągleń, co powoduje, że zakupowy czas zdecydowanie chętniej spędzam w księgarniach, niż w h&m i innych zarach ;-) Ukochane dżinsy, oversizowe swetry i sukienki - w tym czuję się najlepiej, mam kilka i wystarczy. Nie kupuję pism modowych, nie wiem, co się nosi (ale niedawno chyba były modne moje ulubione szarości, bo jakoś łatwo robiło mi się zakupy ;-)), blogerki modowe napawają mnie lekkim przerażeniem pomieszanym z konsternacją, ALE! nie znaczy to, ze nie lubię popatrzeć na ładne ciuchy, a już sukienki są moją wielką słabością. Najlepiej takie, w które nigdy nie wejdę, a nawet gdybym weszła, wyglądałabym co najwyżej jak kartofel, który wpadł przypadkiem do torebki Versace czy innego Vuittona ;-) O, takie cuda (kolory, koronki, świecidła, wylazła ze mnie papuga w całej krasie).

(wszystkie zdjęcia via PINTEREST )

















 No, ekhemm. Po kiszoną kapustę mogłabym sobie na bazarek w takiej wyskoczyć, hehe ;-)))

Coś bliżej ziemi w takim razie ;-)


















I jeszcze coś, co barrrrdzo lubię, i do czego, na szczęście nie trzeba mieć odpowiedniego rozmiaru ;-)










 

A Wy, w jakich ciuchach czujecie się najlepiej? Podążacie za modą czy macie swój styl, poddający się co najwyżej lekkim ewolucjom? Lubicie kupować ubrania? A jeśli tak, to gdzie? Bardzo jestem ciekawa  :-)

czwartek, 8 stycznia 2015

Życzenia noworoczne, postanowienia i trochę świątecznego Lublina

Nadszedł kolejny rok - oby dobry i szczęśliwy dla nas wszystkich. Życzę Wam dużo zdrowia, uśmiechu, codziennych przyjemności, dobrych relacji z bliskimi, wiary w siebie, satysfakcji!
No i oczywiście - wytrwałości w noworocznych postanowieniach, jeśli je macie. Ja w tym roku postanawiam zaimpregnować się na ludzi, którzy koniecznie chcą sobie poprawiać nastrój moim kosztem, ale też z drugiej strony chcę dać więcej od siebie - więcej uśmiechu, spokoju, czasu. Nie oceniać, nie krytykować, odpuszczać, dawać szansę. W myśl zasady - chcesz zmienić świat - zacznij od siebie ;-) Mam też nadzieję, po roku posuchy, na kolejne wycieczki i podróże - bliższe i dalsze, a co za tym idzie, więcej wpisów na blogu. Lubię poszperać w przepisach, pooglądać piękne wnętrza, rzeczy, które wychodzą z rąk niemożliwie zdolnych blogerek (niektóre również kupić! ;) ), ale sama najbardziej lubię pisać o naszych rodzinnych wypadach w (nie)znane!






Tymczasem zostawiam Was z rozświetlonym Lublinem - dawno nas tam nie było, a tuż przed Wigilią trafiła się okazja. Wieczorny spacer, niespieszne śniadanie w ZIELONYM TALERZYKU, czego chcieć więcej ;-) No, może tylko takich wypraw!








czwartek, 11 grudnia 2014

misz masz domowo-jarmarkowy

Taaaaa, plany swoje, a życie swoje ;-)
Kolejny tydzień siedzimy z chłopakami w domu, dziś wieczorem wizyta kontrolna, zobaczymy... Plus konsultacje alergologa, bo zdaje się, że podarowałam synom swój wieczny katar i pokasływanie. Szlag z genami i dziedziczeniem ;-) Nie mogło się to ograniczyć do bujnych czupryn i kształtu oczu czy ust? ;-) Ja tymczasem przeżywam kolejne huśtawki nastrojów, zamknięta w czterech ścianach, od twórczych zrywów, po depresyjne przedpołudnia, od myśli "wszystko będzie dobrze!" po "cholera, nigdy się z tego nie wygrzebiemy" ;-)). 
Jednak niezależnie od nastroju, gdzieś tam z tyłu głowy, zawsze kołacze mi się myśl, że przecież jest dobrze, JEST DOBRZE, JEST DOBRZE
To tylko przeziębienia, ząbkowanie, katary, jesteśmy w domu, razem, kochamy się, jest ciepło, mamy co jeść, mamy pieniądze na leki... JEST DOBRZE, tak?
Próbuję odnaleźć magię w codziennych czynnościach.
W parzeniu herbaty, rozpalaniu dziesiątek światełek, kiedy zapada zmrok, zagniataniu drożdżowego ciasta, w... no nie, nie, w sprzątaniu kociej kuwety nie ma nic magicznego, zgiń, przepadnij, myśli nieczysta... co tam dalej było? O, w codziennym rysowaniu samolotów, składaniu pachnącego prania, przyprawianiu kolejnej rozgrzewającej zupy... Tak, to lubię.
Ale niecodzienne chwile też lubię, przynoszące trochę więcej emocji, niż wyprawa do pobliskiego spożywczaka (a wierzcie mi, po 3 tygach siedzenia w domu, wyjście do sklepu to święto!). I skorzystałam z okazji, a jak, i po raz kolejny wybraliśmy się z mężem, we dwoje, na dortmundzki jarmark świąteczny. Wiwat tanie latanie! Tak niewiele mamy chwil tylko dla siebie.






Świece świecami, ale te skrzynki! Zabrałabym kilka ze sobą, gdybym tylko miała taką możliwość ;-)



Urocze, ręcznie malowane domki i bajecznie kolorowe gwiazdy to moje jarmarkowe hiciory.


Pora na posiłek - naszą dortmundzką tradycją są kanapki, a w czasie jarmarku - pyszny grzaniec. Dookoła kusiły zapachy kiełbasek i placków ziemniaczanych, ale tak daleko poza domem - lepiej uważać na żołądek ;-)

Żeby nie było, że tylko jarmark nam w głowie ;-)  Tym razem odwiedziliśmy stadion Borussii ;-) To niesamowite, ilu Dortmundczyków chodzi w barwach swojej drużyny! W sklepie BVB był tłok i długaśne kolejki do kas! Widać, że piłkarze są prawdziwą dumą tego miasta.




Tymczasem w domu rozgościły się jarmarkowe łupy


i inne świąteczne dekoracje i światełka






"Mamo, skąd masz gniazdo angry birdsów?" zapytało moje dziecko, na widok zaplecionego właśnie przeze mnie wianuszka świątecznego. Hmmmm, taaaa. Prawdziwi artyści nigdy nie są docenieni za życia ;-)))))


Oprócz szlajania się po jarmarkach i ozdabiania domku na święta, rysujemy, kolorujemy, czytamy, oglądamy bajki, uzupełniamy zerówkowe książeczki i wymyślamy coraz to nowe masy do lepienia rożnych stworów ;-)


Najgorzej straszakowi wychodzi leżenie w łóżku ;-) W tej skotłowanej pościeli już dawno nie ma  właściciela ;-)


Pewnie coś lepi! Po masie sodowej, znaleźliśmy przepis na kolejne świetne lepiszcze, tym razem - domową ciastolinę. Zabarwiłam ją plakatówkami.


Dla chętnych, podaję przepis, za KREATYWNIKIEM (kopalnia pomysłów, nawiasem mówiąc)

2 szklanki mąki pszennej
szklanka drobnoziarnistej soli
2 łyżki proszku do pieczenia
2 łyżki oleju
1,5 szklanki wrzątku


wszystko wymieszać, najlepiej drewnianą łyżką, wyrobić
masę można podzielić na części i do każdej dodać np. barwnik spożywczy
czy, tak jak my, plakatówki
gotową masę można przechowywać w woreczku foliowym.
uffff, czy ktoś dał radę dotrwać do końca?
Trzymajcie się ciepło!
Czy spadł już u Was śnieg?

środa, 19 listopada 2014

fabryczka świątecznych ozdób

Nasza domowa fabryczka świątecznych ozdób ruszyła pełną parą! Masa z sody oczyszczonej, skrobi i wody, na którą przepis znalazłam w najnowszym magazynie GREEN CANOE, okazała się strzałem w dziesiątkę! Miękka, plastyczna, nie krusząca się, zdecydowanie przebiła masę solną.