czwartek, 8 stycznia 2015

Życzenia noworoczne, postanowienia i trochę świątecznego Lublina

Nadszedł kolejny rok - oby dobry i szczęśliwy dla nas wszystkich. Życzę Wam dużo zdrowia, uśmiechu, codziennych przyjemności, dobrych relacji z bliskimi, wiary w siebie, satysfakcji!
No i oczywiście - wytrwałości w noworocznych postanowieniach, jeśli je macie. Ja w tym roku postanawiam zaimpregnować się na ludzi, którzy koniecznie chcą sobie poprawiać nastrój moim kosztem, ale też z drugiej strony chcę dać więcej od siebie - więcej uśmiechu, spokoju, czasu. Nie oceniać, nie krytykować, odpuszczać, dawać szansę. W myśl zasady - chcesz zmienić świat - zacznij od siebie ;-) Mam też nadzieję, po roku posuchy, na kolejne wycieczki i podróże - bliższe i dalsze, a co za tym idzie, więcej wpisów na blogu. Lubię poszperać w przepisach, pooglądać piękne wnętrza, rzeczy, które wychodzą z rąk niemożliwie zdolnych blogerek (niektóre również kupić! ;) ), ale sama najbardziej lubię pisać o naszych rodzinnych wypadach w (nie)znane!






Tymczasem zostawiam Was z rozświetlonym Lublinem - dawno nas tam nie było, a tuż przed Wigilią trafiła się okazja. Wieczorny spacer, niespieszne śniadanie w ZIELONYM TALERZYKU, czego chcieć więcej ;-) No, może tylko takich wypraw!








czwartek, 11 grudnia 2014

misz masz domowo-jarmarkowy

Taaaaa, plany swoje, a życie swoje ;-)
Kolejny tydzień siedzimy z chłopakami w domu, dziś wieczorem wizyta kontrolna, zobaczymy... Plus konsultacje alergologa, bo zdaje się, że podarowałam synom swój wieczny katar i pokasływanie. Szlag z genami i dziedziczeniem ;-) Nie mogło się to ograniczyć do bujnych czupryn i kształtu oczu czy ust? ;-) Ja tymczasem przeżywam kolejne huśtawki nastrojów, zamknięta w czterech ścianach, od twórczych zrywów, po depresyjne przedpołudnia, od myśli "wszystko będzie dobrze!" po "cholera, nigdy się z tego nie wygrzebiemy" ;-)). 
Jednak niezależnie od nastroju, gdzieś tam z tyłu głowy, zawsze kołacze mi się myśl, że przecież jest dobrze, JEST DOBRZE, JEST DOBRZE. 
To tylko przeziębienia, ząbkowanie, katary, jesteśmy w domu, razem, kochamy się, jest ciepło, mamy co jeść, mamy pieniądze na leki... JEST DOBRZE, tak?
Próbuję odnaleźć magię w codziennych czynnościach.
W parzeniu herbaty, rozpalaniu dziesiątek światełek, kiedy zapada zmrok, zagniataniu drożdżowego ciasta, w... no nie, nie, w sprzątaniu kociej kuwety nie ma nic magicznego, zgiń, przepadnij, myśli nieczysta... co tam dalej było? O, w codziennym rysowaniu samolotów, składaniu pachnącego prania, przyprawianiu kolejnej rozgrzewającej zupy... Tak, to lubię.
Ale niecodzienne chwile też lubię, przynoszące trochę więcej emocji, niż wyprawa do pobliskiego spożywczaka (a wierzcie mi, po 3 tygach siedzenia w domu, wyjście do sklepu to święto!). I skorzystałam z okazji, a jak, i po raz kolejny wybraliśmy się z mężem, we dwoje, na dortmundzki jarmark świąteczny. Wiwat tanie latanie! Tak niewiele mamy chwil tylko dla siebie.






Świece świecami, ale te skrzynki! Zabrałabym kilka ze sobą, gdybym tylko miała taką możliwość ;-)



Urocze, ręcznie malowane domki i bajecznie kolorowe gwiazdy to moje jarmarkowe hiciory.


Pora na posiłek - naszą dortmundzką tradycją są kanapki, a w czasie jarmarku - pyszny grzaniec. Dookoła kusiły zapachy kiełbasek i placków ziemniaczanych, ale tak daleko poza domem - lepiej uważać na żołądek ;-)

Żeby nie było, że tylko jarmark nam w głowie ;-)  Tym razem odwiedziliśmy stadion Borussii ;-) To niesamowite, ilu Dortmundczyków chodzi w barwach swojej drużyny! W sklepie BVB był tłok i długaśne kolejki do kas! Widać, że piłkarze są prawdziwą dumą tego miasta.




Tymczasem w domu rozgościły się jarmarkowe łupy


i inne świąteczne dekoracje i światełka






"Mamo, skąd masz gniazdo angry birdsów?" zapytało moje dziecko, na widok zaplecionego właśnie przeze mnie wianuszka świątecznego. Hmmmm, taaaa. Prawdziwi artyści nigdy nie są docenieni za życia ;-)))))


Oprócz szlajania się po jarmarkach i ozdabiania domku na święta, rysujemy, kolorujemy, czytamy, oglądamy bajki, uzupełniamy zerówkowe książeczki i wymyślamy coraz to nowe masy do lepienia rożnych stworów ;-)


Najgorzej straszakowi wychodzi leżenie w łóżku ;-) W tej skotłowanej pościeli już dawno nie ma  właściciela ;-)


Pewnie coś lepi! Po masie sodowej, znaleźliśmy przepis na kolejne świetne lepiszcze, tym razem - domową ciastolinę. Zabarwiłam ją plakatówkami.


Dla chętnych, podaję przepis, za KREATYWNIKIEM (kopalnia pomysłów, nawiasem mówiąc)

2 szklanki mąki pszennej
szklanka drobnoziarnistej soli
2 łyżki proszku do pieczenia
2 łyżki oleju
1,5 szklanki wrzątku


wszystko wymieszać, najlepiej drewnianą łyżką, wyrobić
masę można podzielić na części i do każdej dodać np. barwnik spożywczy
czy, tak jak my, plakatówki
gotową masę można przechowywać w woreczku foliowym.
uffff, czy ktoś dał radę dotrwać do końca?
Trzymajcie się ciepło!
Czy spadł już u Was śnieg?

środa, 19 listopada 2014

fabryczka świątecznych ozdób

Nasza domowa fabryczka świątecznych ozdób ruszyła pełną parą! Masa z sody oczyszczonej, skrobi i wody, na którą przepis znalazłam w najnowszym magazynie GREEN CANOE, okazała się strzałem w dziesiątkę! Miękka, plastyczna, nie krusząca się, zdecydowanie przebiła masę solną.






wtorek, 18 listopada 2014

w krainie dinozaurów



Kiedy podczas rodzinnych narad pod hasłem "gdzie by tu pojechać" padało słowo "dinopark", broniłam się wszystkimi dostępnymi kopytami. Oczyma wyobraźni widziałam dzikie tłumy i festiwal kiczu na każdym kroku. Jednak pewnego wczesnowiosennego dnia pojechaliśmy na wycieczkę "gdzie oczy poniosą" i tak się złożyło, że trafiliśmy w okolice KRASIEJOWA. Drogowskazy prowadziły do Juraparku, dzieć podskakiwał podekscytowany, a ja w końcu skapitulowałam  ;-) Ustaliliśmy, że jeśli będzie niefajnie, to po prostu damy dyla ;-) Poza tym dzień było ponury, było dość późno, więc też nie fikałam za bardzo - zaraz wracamy!
Taaa.
Jak się pewnie domyślacie, byłam ostatnią osobą, która chciała stamtąd wyjść. To było tuż przed świętami Wielkanocnymi (tak, wiem, nic nie mówcie, powisiał trochę ten wpis ;-)) i cały Jurapark mieliśmy niemalże na wyłączność. Nie bez znaczenia okazał się dla nas fakt, że dinopark nie powstał w tym miejscu przypadkowo - odkrywka w Krasiejowie to prawdziwe dinozaurowe cmentarzysko. Udostępnione zwiedzającym stanowisko archeologiczne to autentyczne znalezisko - niemalże kość na kości! Niesamowite wrażenie! A to tylko niewielki ułamek całości. Wśród znalezisk znajdują się szczątki dinozaurów, liczące 230 milinów lat. No, tak to ja lubię!

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Oceanarium. Błyskawicznie przenieśliśmy się w dawne czasy i podziwialiśmy robiące wrażenie, naturalnej wielkości Megalodony, Plezjozaury czy Mozazaury. Oceanarium to duże kino - akwarium 3D, a czasami nawet 5D ;-)



Tymczasem czekał już na nas prawdziwy dinopociąg (kto ma dzieci i przyznaje się do posiadania telewizora i puszczania dzieciom bajek - wie o czym mówię ;-)).  Tunel czasu to multimedialna wędrówka, podczas której niektórzy dowiedzą się, a inni przypomną sobie, początki naszej planety i życia, które na niej powstało.



(w środku tunelu zdjęć nie robiłam, albowiem łączyłam w tym czasie edukację własną z karmieniem niemowlęcia ;-))

Po wizycie w tunelu czekał nas spacer ścieżką edukacyjną - coś dla ciała i ducha ;-)










I czas na moje ulubione miejsce w całym parku - Pawilon Paleontologiczny!



Znudzony już nieco dzieć ożywił się na placu zabaw ;-) 




Jestem przekonana, że jeszcze tam wrócimy  :-) 

Bilet normalny kosztuje 39 zł, ulgowy 32 zł, rodzinny - 125 zł. To niemało, ale zważywszy, że ostatnio za dwa bilety do kina, dla mnie i dla syna, zapłaciłam ponad 50 zł (zgroza!), to jednak wybieram cały dzień w dinoparku ;-)